GÓRA

Świadectwo walki o własne miejsce do życia – Recenzja przedpremierowa

Planując egzotyczną podróż, wielu z was z pewnością oglądało piękne zdjęcia Zanzibaru, maleńkiej wysepki leżącej we wschodniej części Afryki. Biura podróży kuszą nas wyprawami do tonących w słońcu wybrzeży afrykańskich, zachęcają luksusem hoteli, magnetyzują krajobrazami, nieskazitelną czystością plaż, turkusem wody Oceanu Indyjskiego. Warto jednak spojrzeć nieco dalej, za mury hotelowe, do afrykańskich dzielnic, warto przyjrzeć się codzienności mieszkających w nich ludzi. Okazuje się bowiem, iż opowieści mieszkańców Zanzibaru i okolic mogą ułożyć się w niezwykle przejmujące świadectwo ludzkiej i nie tylko ludzkiej, bo żółwiej także, walki o prawo do własnego miejsca na ziemi i po prostu – do życia. Takim świadectwem jest książka Małgorzaty Szejnert „Dom żółwia. Zanzibar” (Znak, 2011).

Nazwisko Małgorzaty Szejnert jest przede wszystkim znakiem rozpoznawczym dobrego reportażu. Po nasyconej bogatą treścią i wywołującej silne emocje „Wyspie klucz”, dziennikarka napisała „Dom żółwia. Zanzibar” – tekst równie interesujący, co poprzedni. Tutaj także zaprasza czytelnika do wysłuchania historii ludzi wielu kultur, religii, narodowości. Trzeba jednak pamiętać, że to nie ludzie są tu jedynymi bohaterami. Historia zaczyna się od opowieści o żółwiach, które paradoksalnie, dzisiaj są bezdomne. Wkrótce będą musiały wyginąć, ponieważ dla wielu z nich jedynym miejscem, w którym mogą złożyć jaja, są plaże Zanzibaru zajęte przez nabrzeżne hotele i turystów. Małgorzata Szejnert opowiadając o swojej książce, bezdomność uznała problemem kluczowym „Domu żółwia”. Nie chodzi tu tylko o bezdomność tytułowego bohatera, ale też o bezdomność niewolników, ludności arabskiej mieszkającej na wyspie oraz współczesnych Afrykanów, którzy przez hotele należące do europejskich i amerykańskich bogaczy, są spychani w głąb lądu.

„Dom żółwia” jest tekstem tak bogatym w treść, że trudno byłoby tu pomieścić coś więcej. Nadmiar ten jednak nie męczy, bo opowiadane historie są tak fascynujące, że chciałoby się czytać więcej i więcej. Spostrzeżenia autorki uzupełniane są fragmentami zapisków choćby Davida Livingstone’a, Johna Kirka, Henry’ego Mortona Stanley’a, Richarda Burtona, Henryka Sienkiewicza, przejmującymi lirykami mieszkającego tu niegdyś Henryka Jabłońskiego i wielu innych osób, które w jakiś sposób z Zanzibarem były związane. Historie tych ludzi przeplatają się, łączą punktami stycznymi ich własnych losów lub losów ich przodków. Wszystko to rozbudowuje się w opowieść pachnącą goździkami i bielejącą kością słoniową, tętniącą krwią walczących o swą wolność niewolników oraz rozbrzmiewającą pieśnią taarabu. Ta różnorodność, wielość wątków i postaci fascynuje oraz oczarowuje egzotyką przestrzeni Zanzibaru.

O dużej wartości „Domu żółwia” świadczy bez wątpienia fakt, iż podczas czytania tego tekstu, ma się wrażenie jakby się obcowało z powieścią w całości wymyśloną przez pisarza. Nie przeszkadza tu, to wspominane już, nagromadzenie informacji – liczb, nazwisk, dat, nazw miejscowości, historycznych faktów. Tekst jest nimi nasycony do granic możliwości, ale roztacza przed oczami naszej wyobraźni obrazy czasem nierealne, a czasem tak bardzo porażające realnością, że nie można w nie uwierzyć. Historia życia żółwia olbrzyma staje się zatem przejmującą metaforą ludzkiego życia mieszkańców Zanzibaru, zamykającą się w stu siedemdziesięciu latach historii wyspy, a więc tylu, ile przeciętnie mógłby żyć żółw, gdyby mu tylko stworzono odpowiednie warunki. Okazuje się zatem, iż „Dom żółwia” jest także świadectwem – nie zawsze chlubnym – bytności białego człowieka w Afryce, dobroczyńcy i najeźdźcy, który żółwi i ludzi Afryki pozbawiał i nadal pozbawia ich zewnętrznego domu.

„Dom żółwia” kojarzy mi się z pieśnią taarabu, śpiewaną przez Siti binti Saadi oraz znaną i dzisiaj wielu – Bi Kidude. „Słowa śpiewane przez Siti mówiły o miłości, tęsknocie, o zbrodni i wymierzaniu sprawiedliwości, o życiu codziennym, o Bogu.” – pisze autorka. Książka Małgorzaty Szejnert jest jej własną pieśnią rozdzieloną na wiele głosów, w całości będącą hymnem na cześć Zanzibaru, ale nie tego, który oczarowuje nas na stronach przewodników turystycznych, ale tego, jakim jest on naprawdę.

Premiera książki w październiku 2011 r.
Zachęcam do oglądania rozmowy z Małgorzatą Szejnert:

Zanim przeczytasz książkę, wsłuchaj się w piękną pieśń Bi Kidude, znanej na całym świecie pieśniarki taarabu:

Oceny czytelników:

0 / 5 0

Dziennikarka, promotorka literatury, specjalistka ds. promocji i informacji. Absolwentka filologii polskiej o specjalizacji edukacja medialna. Pracuje z młodzieżą, pisze i realizuje projekty dofinansowane z MKiDN (Idziemy po kulturę, Book Morning Library) oraz wiele innych, tworzonych na potrzeby instytucji kultury.

Napisz komentarz