GÓRA
Male licho i lato z diablem

Jakaż to jest pyszna historia!

Nadszedł czas na Wielką Przygodę. Pierwszą Licha, anioła o tęczowych oczach. Bożydar Antoni Jekiełłek właśnie został czwartoklasistą. Szczegółowo zaplanował wakacje, ale nie spodziewał się, że mama i wujek mają inny pomysł na spędzenie tego lata. Dni o zapachu słońca i beztroski, zamienią się w czas o smaku pierogów z truskawkami i śmietaną oraz placków ziemniaczanych. Małe Licho i lato z diabłem Marty Kisiel nie pozwoli zapomnieć o wakacyjnych miesiącach. Och, mamuszu, jakże zatęsknicie za lasem i spaniem w namiocie!

Trzeci tom znakomitej serii Marty Kisiel – Małe Licho, pojawia się na rynku wydawniczym z opóźnieniem. Świetna powieść na lato, będzie jesiennym bestsellerem, który nie pozwoli nam zapomnieć o beztrosce, pierogach z truskawkami i śmietaną oraz biwakowaniu. W Małym Lichu i lecie z diabłem Antoni Bożydar Jekiełłek spędzi wakacje u cioci Ody, mimo, że wcześniej planował nadrabiać zaległości, zwłaszcza czytelnicze. Ale jakże można oprzeć się pucołowatemu aniołkowi o tęczowych oczach? Licho przecież pragnęło przeżyć swoją pierwszą, letnią Wielką Przygodę, zjeść lody ze wszystkimi z możliwych posypek i znów zamieszkać w domu, który odbudowano na zgliszczach Lichotki. 

Kolorytu tej historii nadaje postać czorta Bazylego, który tak pociesznie sepleni, że trudno o bardziej zabawną postać literacką. Jak przystało więc na dobrą, wakacyjną opowieść, nie brakuje w niej wytrawnego humoru, ale też biwakowania, obżerania się i czasem także mrożącej krew w żyłach przygody. Nie może być inaczej, kiedy akcja powieści dzieje się w miejscu, gdzie rzeczywistość dobrze nam znana i oswojona, miesza się z tym, co nadprzyrodzone i magiczne. Choć nie wszyscy w tę magię wierzą, szybko przekonują się, że w każdej bajce jest odrobina prawdy.

Jak twierdzi Bożydar Antoni Jekiełłek, trzeba mieć szerokie horyzonty i dużo czytać. Nigdy nie wiadomo, jaka wiedza może uratować człowiekowi lub żabie życie. Nim jednak główny bohater otworzy się na innych, musi przejść trudną próbę. Wakacyjny czas beztroski przyjdzie mu spędzić z Witkiem – jego największym, szkolnym wrogiem. Pierogi z truskawkami, kakałko, towarzystwo Licha i zabawnego czorta oraz walka na śmierć i życie z morową panną zrobią swoje. Największy nieprzyjaciel stanie się znośnym kolegą, bo przecież każdemu trzeba dać szansę. Nikt nie jest wredny z natury (…) Ani zły. Złym się dopiero staje, zawsze za czyjąś sprawą. Kto wie, może da się go jeszcze...

Seria Małe Licho jest jedną z moich ulubionych serii dla starszych dzieci. Kiedy się ją czyta, nieustannie jest się ciekawym, co się wydarzy na następnej stronie. Pragnie się przygody i czuje czystą frajdę, ale też smutek, taki aż do granic płaczu, i śmiech, tak często zroszony łzami, i żal, że to już, że koniec, ostatnia kropka. Małe Licho i lato z diabłem jednak kończę czytać bez żalu. Bo to była świetna przygoda. Bożydar Antoni Jekiełłek, Licho i czort Bazyl pozostawiają w czytelniku wielką radość, większą nawet od tej, jaką czuje się po wypiciu kakałka. Choć nie wiem, czy Licho by się ze mną zgodziło. 

Wszystkie cytaty, które pojawiają się w recenzji, pochodzą z Małego Licha i lata z diabłem.

Fragment

— Ja też chcę przeżyć przygodę — oznajmiło Licho od progu i na znak, że jest w tym pragnieniu niezmiernie stanowcze, wzięło się pod boki i zmarszczyło brwi.

Bożydar Antoni Jekiełłek znieruchomiał na schodach werandy i wybałuszył na anioła wielkie chabrowe oczy, ponieważ nic a nic z tego nie rozumiał. W ogóle.

Przed momentem wrócił ze szkoły, dumnie dzierżąc w garści świadectwo ukończenia klasy trzeciej. Znaczy, dzierżąc metaforycznie, czyli nie dosłownie, bo tak naprawdę to miał je w plecaku, razem z zawartością swojej szkolnej szafki. Tę zawartość pani kazała każdemu uczniowi wyciągnąć, odkleić lub zeskrobać i zabrać ze sobą do domu, a najlepiej od razu wyrzucić, zanim przed nastaniem jesieni sama wypełznie, zwoła posiłki i podbije jakiś kontynent. Jesienią ich sala — najlepsza na całym parterze, bo choć niezbyt wielka, to słoneczna i schowana aż za biblioteką przed czujnym radarem surowej wicedyrektor — na powrót miała się bowiem stać salą pierwszaków. Oni zaś, jako czwartoklasiści pełną gębą, przeniosą się na Piętro, do nowej sali, do całkiem nowego świata, którego Bożek w głębi ducha trochę się obawiał. 

Ale nie dziś. Jeszcze nie. W ten ostatni czerwcowy piątek żadne z nich nie myślało o rewolucji, jaka ich czekała za dwa miesiące. Teraz w ogóle nie mieli do tego głowy! Dziś był dzień o zapachu słońca i beztroski, dzień powitania z latem i zarazem pożegnania — tego radosnego, z koleżankami i kolegami z klasy, z którymi niedługo znów się zobaczą, i tego smutniejszego, bo z panią, która przestawała być Ich Panią tak całkiem, na zawsze. Wyściskała ich, wytuliła i wygłaskała, pogroziła palcem ten ostatni, najostatniejszy raz, a potem zagoniła do szafkowych wykopalisk, kwitując co dziwniejsze znaleziska śmiechem albo okrzykami najszczerszej, prawie nieudawanej zgrozy.

W szafce Bożka na przykład, oprócz zapomnianych zeszytów, znalazły się zaschnięte farby w plastikowych pojemniczkach z zakrętką, nadkruszone gumki oraz ogryzki różnokolorowych kredek. Chłopiec zbierał je pieczołowicie dla Gucia, wziąwszy sobie do serca przysłowie, że kto zjada ostatki, ten piękny i gładki, a wszyscy wiedzieli, że im gładszy był Gucio, tym lepszy robił rozbryzg w wannie podczas wieczornych kąpieli. Były tam również trzy plastelinowe ludki oraz dwa ludki z kasztanów, które skleiły się nieodwracalnie w lepkiego zmutowanego ludkojeża, arkusze kolorowego papieru z dziurami w osobliwych, kanciastych kształtach, jojo bez sznurka, sznurek bez jojo, magnetyczny glut w metalowym puzderku, a także skórka od chleba z kanapki, chyba majowej, a może nawet kwietniowej, która cała już stwardniała oraz, co Bożka fascynowało najbardziej, panią zaś najbardziej zmroziło, porosła śmiesznym mięciusim kożuszkiem, jak gdyby w szkolnej szafce doskwierał jej chłód. 

Wszystko to, razem ze świadectwem oraz książką, chłopiec przytaszczył do domu tego ostatniego dnia szkoły — a zarazem pierwszego dnia swoich pierwszych prawdziwych wakacji, które właśnie się rozpoczynały.

Plany miał na ten wspaniały czas wielkie, przeogromne wręcz. 

Po pierwsze, zamierzał siedzieć do późna, najlepiej każdego wieczoru, i przeczytać wszystkie, ale to wszyściuteńkie zaległe książki, które piętrzyły się obok jego łóżka. Stos ów już trzy razy przewrócił się na Gucia, równie zafascynowanego, co zaskoczonego chybotliwością konstrukcji, zwłaszcza potraktowanej serią zamaszystych pacnięć. Cóż. Mały potwór nie od dziś ignorował co bardziej karkołomne koncepcje, których nie obejmował ani umysłem, ani macką, a grawitacja zdecydowanie była jedną z nich. 

Po drugie (wskutek pierwszego), Bożek chciał wylegiwać się każdego ranka w pościeli i czytać dalej, rzecz jasna. A potem snuć się po domu w piżamie, z nieumytymi zębami i czupryną rozczochraną jeszcze bardziej niż zwykle, póki ktoś dorosły nie zauważy, że właściwie jeszcze chwila i będzie się musiał przebrać z tej piżamy… z powrotem w piżamę, żeby pójść spać, co w sumie pasowało do jego planów.

Po trzecie, postanowił precyzyjnie sprawdzić, ile czereśni pomieści człowiek typu dziecko, lat dziesięć (i pół), co jednakże wymagało dotrwania do kluczowego momentu, kiedy czereśnie dojrzeją, za to tuż przed tym, jak zainteresują się nimi szpaki i robaczki. Oraz różowe króliki. No i mama. Mama była zdolna pomieścić chyba wszystkie czereśnie świata (i jeszcze morele na dokładkę).

Po czwarte, gdyby śmiała koncepcja z piżamą całodobową nie wypaliła, Bożek planował sprawdzić, czy sięga już z czwartej gałęzi drzewa za domem do piątej albo nawet wyżej. To z kolei wymagało sporej dyskrecji, żeby dorośli nie zauważyli i nie zgłosili protestu, oraz asekuracji. Bo choć Gucio w grawitację nie wierzył, to grawitacja z pewnością wierzyła w Bożka, a on nie zamierzał się z nią kłócić. 

Po piąte — i najważniejsze — musiał przysiąść w końcu fałdów nad Glutami w Podziemiach, grą bardzo przygodową, taką z fabułą, planszą, figurkami i takimi tam, nad którą pracował od kilku miesięcy. Znaczy, może tak nie do końca PRACOWAŁ. Najpierw przez trzy albo cztery tygodnie szukał tytułu idealnego i kiedy już mu się wydawało, że znalazł, przyszedł wujek Konrad i zaczął tłumaczyć, że nie ma takiego pudełka, na którym zmieściłoby się Bazyl Bazyleor, Mistszsz Szalbierstwa, i Złowrogie Gluty w Niezgłębionych Podziemiach Ciemności ze Stworami. Gra Rodzinna, i że „mistrz” pisze się jednak nieco krócej (między innymi). Ponieważ wujek znał się na tytułach, a do tego używał przykrych słów, takich jak PRZYDAWKA lub ALITERACJA, Bożek szybko pogodził się z cięciem i wykaligrafowawszy wersję skróconą na okładce zeszytu, przystąpił do spisywania fabuły. W tym samym czasie Licho z poświęceniem szykowało skomplikowaną trójwymiarową planszę z kartonu, osobistego pierza, rolek po papierowych ręcznikach i patyczków po lodach, wujaszek Turu zaś, jak zawsze nieoceniony, rzeźbił drewniane figurki bohaterów i średnio raz w tygodniu upewniał się, czy tytułowy heros aby na pewno ma być (tu zerkał do notatek) „taką fajną kozą wyposażoną w kilogram cukierków, patelnię i cymbałki”. 

Po tych kilku miesiącach z wymiętolonego i zabazgrolonego zeszytu już prawie wyłaniał się pierwszy z siedemnastu scenariuszy Prawdziwej Podziemnej Przygody, wraz z zestawem dwustu pięciu Unikatowych Kart Przedmiotów i Zrządzeń Losu, z których powtarzała się zaledwie połowa. Licho wciąż tuptało po całym domu w poszukiwaniu kartonów, żeby dokleić i ozdobić kolejne piętra planszy, zanim różowe króliki znowu wtranżolą Lochy Lodowego Lamentu albo zostawią bobki w Pieczarze Przeklętej Paszczy, a wujaszek Turu nieustannie dopytywał, czy to na pewno mają być cymbałki, nie zaś, na przykład, Byczy Bęben Bojowy albo Gargantuiczny Gong Grozy. (I czy Bożek nie mógłby jednak zacząć przygody z projektowaniem gier planszowych od czegoś prostszego, jak bierki. Albo kapsle).

— Nie — odpowiadał twardo chłopiec, na co wujaszek wzdychał ciężko i wracał do rzeźbienia cymbałków, które zmieściłyby się w pudełku zapałek, i to razem z cymbalistą.

Krótko mówiąc, przez te dwa wyczekiwane, wymarzone, wytęsknione miesiące wakacji Bożek zamierzał robić to wszystko, co jeszcze przed rokiem, zanim poszedł do szkoły, uważał za całkiem zwyczajne. Jasne, szkoła była dość fajna i koledzy też (z wyjątkiem tych, którzy nie byli), ale dopiero teraz dotarło do niego, jak bardzo mu brakowało tej niespiesznej i chaotycznej codzienności, wolnej od popędzających go ciągle wskazówek zegara. Sęk w tym, że żadnego z tych planów, choć arcyprzyjemnych, nie dało się nazwać przygodą przez dostatecznie duże Przy, żeby zaspokoić oczekiwania małego anioła w tym względzie.

— No bo wiesz — podjęło tymczasem Licho, uznawszy, że dość już manifestowania tej całej stanowczości, pora rozwinąć myśl. — Ty miałeś przygody, alleluja. Takie z emocjami i siniakami, i wyprawami, i w ogóle! A ja nie miałom ani jednej, ani w zaświatach, ani w podmiędzypiekle… 

— Przednadpiekle — poprawił Bożek skrupulatnie.

— Tam też nie miałom! — zakrzyknęło Licho i tupnęło bamboszkiem dla większego wrażenia. — Nic nie miałom i nigdzie nie byłom, bo ty mnie nigdzie nie zabierasz!

Szczegółowe informacje

Autor:Marta Kisiel
Tytuł:Małe Licho i lato z diabłem
Wydawnictwo:Wilga
MiejsceWarszawa
Rok wydania:2020
Ilustratorka: Paulina Wyrt
ISBN:978-83-280-7570-2
Strony:254
Seria:Małe Licho, tom III

Oceny czytelników:

0 / 5 5

Dziennikarka, promotorka literatury, specjalistka ds. promocji i informacji. Absolwentka filologii polskiej o specjalizacji edukacja medialna. Pracuje z młodzieżą, pisze i realizuje projekty dofinansowane z MKiDN (Idziemy po kulturę, Book Morning Library) oraz wiele innych, tworzonych na potrzeby instytucji kultury.

Napisz komentarz